WILD HUNT LIVE – tego nie możesz przegapić!
Utworzone: 19.01.2017 10:09

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku gratek dla fanów wiedźmińskiego uniwersum nie zabraknie. Dwa lata temu otrzymaliśmy pierwsze informacje mówiące o przeniesieniu przygód wiedźmina na deski teatru. Niedawno poznaliśmy datę premiery, ale zanim będziemy mogli ujrzeć Geralta na scenie, usiądziemy wygodnie w sali koncertowej i usłyszymy na żywo muzykę z gry Wiedźmin 3: Dziki Gon. Wszystko dzięki zespołowi Percival, współtwórcy ścieżki dźwiękowej gry, który rusza w wyjątkową trasę koncertową i zaprezentuje utwory w ich oryginalnej wersji.

Jak czytamy na stronie zespołu:

Będą to koncerty wyjątkowe pod każdym względem: muzycznym i wizualnym, jako że do współpracy zaprosiliśmy dodatkowych muzyków, a także Teatr Avatar. Całość będzie okraszona specjalnie przygotowanymi animacjami, piękną scenografią i wspaniałym oświetleniem.

 WILD HUNT LIVE – plan trasy

14.02.2017r. - Warszawa, Kino Elektronik

15.02.2017r. - Białystok, Opera i Filharmonia Podlaska

16.02.2017r. - Gdańsk, Teatr Szekspirowski

18.02.2017r. - Kraków, Kijów.Centrum

19.02.2017r. - Katowice, Kinoteatr Rialto

04.03.2017r. - Wrocław, Sala Koncertowa Impart

05.03.2017r. - Poznań, C.K. Zamek

21.03.2017r. - Łódź, Filharmonia Łódzka

22.03.2017r. - Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska

23.03.2017r. - Szczecinek, Kino “Wolność”

24.03.2017r. - Toruń,Dwór Artusa

25.03.2017r. - Toruń, Dwór Artusa

26.03.2017r. - Lublin, Filharmonia Lubelska

 

Bilety można kupić na terenie w kasach biletowych i internecie.

 

Wybieracie się?

//Karolina

Tam go jeszcze nie było, czyli Wiedźmin w… teatrze
Utworzone: 19.01.2017 10:09

 

Tak, to nie jest żadna ściema. Teatr Muzyczny w Gdyni zapowiedział premierę musicalu opartego na prozie Andrzeja Sapkowskiego na 15 września 2017 roku. Trwa casting do ról Geralta i Ciri.

W 2015 roku pojawiły się pierwsze informacje o planach przeniesienia przygód Geralta z Rivii na deski teatru. Prowadzono rozmowy z Andrzejem Sapkowskim, który wstępnie zgodził się na wykorzystanie jego prozy. Jak mówi rzeczniczka Teatru Muzycznego Aleksandra Borowiak:

Będzie to nie tylko pierwszy musical na podstawie bestsellerowej powieści Andrzeja Sapkowskiego, ale w ogóle pierwsze przedstawienie teatralne wykorzystujące tę kultową postać fantasy.

Reżyserią zajmuje się Wojciech Kościelak znany m.in. z realizacji przedstawień takich jak Sen nocy letniej, Hair, Francesco, Lalka, Chłopi oraz musicalu na podstawie kryminału Leopolda Tyrmanda Zły. Muzyką zajmuje się Piotr Dziubek, tekstami piosenek Rafał Dziwisz, a scenografią zajmie się Damian Styrna. Scenariusz musicalu powstał na podstawie pięciu opowiadań Miecz przeznaczenia, Kwestia ceny, Ostatnie życzenie, Coś więcej i Okruch loduWojciech Kościelak powiedział:

Chcemy pokazać ciekawy, barwny świat - inny niż wszystko to, co do tej pory robiliśmy w gdyńskim teatrze. Planujemy zastosowanie nowoczesnych technologii multimedialnych, ale w sposób, który nie zdominuje człowieka na scenie. Chcemy by widzowie mieli poczucie, że są w teatrze, a nie w kinie.

Musical jest świetną okazją do zobaczenia przygód Geralta w nieco innej formie. Dlatego mobilizujemy się, zbieramy drobne, bukujemy bilety na pociąg, miejsce w teatrze i… widzimy się we wrześniu w Gdyni.

//Karolina

Recenzja: Szklany tron
Utworzone: 18.01.2017 21:41

Zaczęło się od rutynowego przetrząśnięcia działu z literaturą fantastyczną. Szybko rzut oka i już w ręce wpadła mi książka z młodą, uzbrojoną po zęby dziewczyną na okładce. Szklany tron, Sarah J. Maas. Piękna, niebezpieczna, skazana na zwycięstwo. Brzmi zachęcająco? Dla mnie jak najbardziej.

Zabójczyni Adarlanu, siedemnastoletnia Celaena Sardothien przez jeden błąd została złapana i skazana na dożywotnią pracę w kopalni soli w Endovier. Po roku pobytu, który omal jej nie złamał, otrzymuje propozycję nie do odrzucenia – wolność za cztery lata służby u człowieka, którego nienawidzi całym sercem, władcy Adarlanu.  Jednak zanim to nastąpi musi wygrać turniej, który został zorganizowany, aby wskazać najlepszego kandydata do tytułu Królewskiego Obrońcy. Tylko co zrobić, kiedy zawodnicy zaczynają umierać w dziwnych okolicznościach? Czy Celaena znajdzie zabójcę, zanim sama stanie się jego ofiarą?

Szklany tron ma w sobie to co kocham – humor, wartką akcję, wspaniałe sceny walk i pałacowe intrygi… Czy mogłabym chcieć czegoś więcej? Może wątku romantycznego, który nie będzie przebijał na pierwszy plan? Ach, przecież to również tutaj znajdę!

Szklany tron to świetne rozpoczęcie serii pod tym samym tytułem. Książka, która wciąga i trzyma w napięciu do ostatniej strony. Ma w sobie to, co sprawia, że już niecierpliwe czekam, aż w łapki wpadnie mi kolejna część.

Gorąco polecam!

//Karolina

Recenzja: Assassins Creed
Utworzone: 19.01.2017 09:47

 

Jak wiele widzieliście naprawdę dobrych filmów na podstawie gier? Jest to pewnie kwestia gustu, choć zapewne moglibyśmy je policzyć na palcach obu rąk lub, co gorzej, jednej. Z każdym z filmów fani wiążą wielkie nadzieje. W końcu nie ma nic wspanialszego od filmu, który spełnia nasze oczekiwania, a oczy nie bolą nas od krzywdy wyrządzonej naszej ukochanej grze.

6 stycznia w Polsce miała miejsce premiera długo wyczekiwanego filmu Assassin’s Creed, w którym główną rolę odegrał Michael Fassbender kojarzony głównie z filmami z serii X-Men. Reżyserią filmu zajął się Justin Kurzel, a scenariuszem Michael Lesslie, Bill Collage i Adam Cooper.

Jako osoba, która nie miała wcześniej żadnej styczności z serią, a lubi podobne klimaty, powiem, że fabuła prezentuje się całkiem dobrze. Skazany na śmierć morderca Cal Lynch trafia do ośrodka badawczego templariuszy, których celem jest odnalezienie Jabłka Edenu, artefaktu, który rzekomo ma powstrzymać szerzącą się na świecie przemoc. Od Sofii (Marion Cotillard) dowiaduje się, że jest bezpośrednim przodkiem asasyna Aguilara, ostatniego Obrońcy artefaktu, i jest jedyną osobą, która może ten przedmiot odnaleźć. Wchodząc do Animusa widzi, słyszy i czuje to, co jego XV-wieczny przodek.

Wbrew wielu negatywnym opiniom internautów muszę przyznać, że film oglądałam z prawdziwą przyjemnością. Moimi wyznacznikami wciągającego filmu są: brak wiercenia się, niepodzielna uwaga i szybko kończący się popcorn. Żarty żartami, ale faktycznie, film przykuł moją uwagę od początku do końca. Na szczególną uwagę zasługuje klimat XV-wiecznej Hiszpanii, fantastyczne nakręcone sceny walki, przebitki walk Aguilary na Cala… Duży plus dla muzyki, która w moim odczuciu idealnie wpasowała się w klimat.

Oczywiście bez minusów się nie obeszło. Pierwszym jest to, twórcy filmu niestety nie raczyli wyjaśnić pewnych kwestii, których osoba niezaznajomiona z uniwersum wiedzieć nie może. Kiedy zaczęłam wyliczać niewiadome to, muszę przyznać, nazbierało się. Co takiego miałoby robić Jabłko Edenu? Jak działa? Czym dokładnie jest Animus? Dlaczego asasyni i templariusze walczyli ze sobą tak zaciekle? Czym jest Kredo Asasynów? I dlaczego dr Sofia tak się jara widząc, imponujący przyznaję, Skok Wiary? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Przyjmując wiele faktów na wiarę jednego nie mogę pojąć – dlaczego Jabłko Edenu otworzyło się „od tak”? A gdzie szereg warunków do spełnienia, aby można było „użyć” artefaktu? Jak dla mnie było to za proste, ale może jako gracz jestem już tak przyzwyczajona do wykonywania długaśnych zadań, aby dobrać się do czegoś. Oczywiście istnieje możliwość, że twórcy chcą wyjaśnić nam pewne kwestie w kolejnych częściach, niemniej uważam, że pewne rzeczy wyjaśnia się na początku. Wypowiedź Michaela Fassbender o planach na kolejne części Assassin’s Creed znajdziecie w tym linku: www.kawerna.pl/aktualnosci/filmy/item/15273-fassbender-o-trylogii-assassin-s-creed.html

Biorąc pod uwagę tak różne opinie dotyczące Assassin’s Creed wiem jedno – film koniecznie trzeba zobaczyć samemu. Ma swoje braki, ale który film ich nie ma? Powiem więcej: tak różne opinie wręcz prowokują do przekonania się samemu jak to z nim jest. Czy zobaczyłabym ten film jeszcze raz? Zdecydowanie tak.

//Karolina

Relacja: Falkon 2016
Utworzone: 11.01.2017 21:59

Tegoroczny Falkon miał juz XVII edycję. Odbywał sie w dniach 4-6 listopada w Lublinie. Głównym ośrodkiem atrakcji były Targi Lublin oraz sąsiadująca z nimi szkoła. Prócz tego do dyspozycji uczestników była szkoła noclegowa.

 Conplace

Trzy budynki konwentowe. Dwa festiwalowe i jeden noclegowy. Droga to Targów jest bardzo ciężka i niejeden uczestnik zapewne się zgubił (ok, ja wraz z ekipą UltraStar T.A byłam w stanie... nieważne). Wystarczy wysiąść głowną stroną dworca PKP i iść przed siebie. Dosłownie... 5 minut i jesteśmy już przy terenie targów. Do tego po drugiej stronie ulicy znajduje się szkoła, w której odbywały się sesje RPG, LARPy oraz był nocleg dla niektórych wystawców.

Do szkoły noclegowej natomiast trzeba było się przespacerować. Dobre 20 minut z buta. Na szczęście droga nie była zbyt ciężka do zapamiętania, okolica w miarę spokojna jak na weekend. Nie było czego się bać chodząc po nocy.

Wracając do ogólnego stanu budynków. Teren Targów Lublin wiadomo, że nie użyczy nam tak dużo przestrzeni jak chociażby Międzynarodowe Targi Poznańskie. Ba~! Nie da nam nawet tak dużo sal prelekcyjnych jakie są w stanie dać nam targi Kraków Expo. Mimo wszystko było na tyle dużo przestrzeni, że najważniejsze punkty programu się tutaj pomieściły (to właśnie na terenie targów były stoiska, scena główna, planszówki, konsolówki, kilka sal panelowych, blok mangowy oraz kilka atrakcji takich jak UltraStar czy DDR). Mimo wszystko plusem było to, że nie dało sie zgubić.

O szkole LARPowej za dużo powiedzieć nie mogę. Wiem tylko tyle, że były tam czajniki i nie było pryszniców.

Natomiast jeśli chodzi o szkołę noclegową, to w zasadzie nie można narzekać. Do wielkich nie należała (albo to ja nie chodziłam po większości terenu), ale pomieściła sporo uczestników. Dodatkowo kilka sal dla wystawców, którzy nie byli uwzględnieni w szkole LARPowej. Czemu by nie korzystać? Minusem niestety był cały JEDEN prysznic. I nie mówię tu o jednej salce z prysznicami, żeby był problem
z koedukacją czy coś. Mówię DOSŁOWNIE o jednej kabinie prysznicowej. Jedna kabina... na 9 tysięcy uczestników. Cóż. Czekałam tylko godzinę w kolejce, a i tak słyszałam, że trafiłam na najmniejszy kolejkon. Jest dobrze.

 Akredytacja

Względem akredytacji nie wydaje mi się, by były większe problemy. Pyrkonowy system jednej kolejki do wszystkich kas chyba znacznie ułatwia sprawę. Twórcy atrakcji i wszyscy inni nie-uczestnicy mogli bez problemu zaakredytować sie przed oficjalnym rozpoczęciem kownentu, w trakcie również nie było większej kolejki. Mimo iż przez kilka godzin widziało się kolejkę aż do końca taśmy, to jednak na temat prędkości nie słyszało się żadnych skarg, więc chyba jest dobrze.

 Informator, identyfikator i inne

Na wejście dostawaliśmy identyfikator oraz kolorową opaskę. Przypomina mi się tutaj znów Pyrkonowy system - identy nie-uczestników są duże, w folijkach i na smyczy, natomiast uczestnik miał zwykłego małego idencika. Do tego kolor opaski zależny od stanowiska na konwencie + helperzy/patrol, którzy przy wejściu na Targi sprawdzali za każdym razem opaski. Dostałam żółtą, ładną, do tej pory się trzyma na ręce xD

Prócz tego otrzymaliśmy również informator w formie kilkudziesięciostronicowej książki. Zawarte w nim były opisy obiektów, mapa dotycząca tego jak dotrzeć do konkretnych budynków, mapa budynków (wraz z mapą sektoru wystawców, by każdy wiedział gdzie danego stoiska szukać), regulamin, informacja o organizatorach, opisy gości oraz atrakcji. Godzinowy program dodawany był jako osobna kartka do informatora.

Dodatkowych gadżetów nie miałam okazji zobaczyć. Zależało mi tylko na idencie i informatorze, resztę niech mają uczestnicy.

 Atrakcje ogólnie

Jakoś tak wyszło, że na tym konwencie pomimo mniejszej ilości pracy nie miałam okazji pojawić się prawie na żadnej prelekcji. Udało mi się tylko dotrzec na panel dotyczący tego jak przetrwać koniec świata (dziękuję BooM, że mnie wyciągnąłeś na to). Prelekcja szczerze powiedziawszy nie była do końca tym, czego się po niej spodziewałam. Zamiast jakiś śmieszkowych dyskusji, był to poważny i nudny panel nawiązujący do literatury i szpanowania swoim doświadczeniem militarnym. Może by się to jakoś bardziej rozkręciło, gdyby nie trwało jedynie godzinę.

Prócz tego patrząc w informator dopatrzyłam się 25. Powiem Wam, że to jest bardzo dużo jak na 3 dni konwentu. Świadczy to o rozmaitości tematyki, bo przecież program był duuuuużo szerszy. No i nawet taki pseudomanguś jak ja znalazł coś dla siebie poza blokiem mangi i anime, nie ma tragedii. Aż teraz żałuję, że jednak nie zdecydowałam się obadać tego programu wcześniej.

 Atrakcje "moje"

Cóż. Na Falkonie jedyną rzecz jaką miałam do ogarnięcia to UltraStar, przygotowany wraz z ekipą UltraStar T.A. Planowo atrakcja miała działać całą dobę. Niestety plany nasze pokrzyżowała... umowa. Ewentualnie problemy natury logistycznej na konwencie. Niestety logistyka nie zawsze wychodzi perfekcyjnie na imprezach. Dlaczego tak bardzo się burzę? Z prostego powodu. Dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu, w piątek o tym, że hala, na której rozstawiamy się z USem zamykana będzie o godzinie 20. Tak wcześnie kończyć atrakcję, która jednak przez większość nocy umila niejednej osobie czas? W koncu w nocy prelekcje męczą, a pobudza właśnie gra elektroniczna. No ok, okazało się, że wtedy przenosimy się do sali konferencyjnej, w której to musimy jakoś się podzielić na spółkę z ekipą od DDR (tu nie było się o co martwić, w końcu sami swoi). Niestety dużym rozczarowaniem dla nas była informacja, która przybyła o 1 w nocy. Niestety, ale sala konferencyjna również jest zamykana. Co to oznacza? Że o 1 w nocy do 9 rano nie działał ani US, ani DDR. Do tego trzeba było o tej porze przenosić sie na noclegową szkołę, bo oczywiście nikt wcześniej o tych planach nie poinformował. Mało przyjemne.

Mimo wszystko te problemy nie zniszczyły dobrego nastroju w obu stoiskach. Na UltraStarze o dziwo nie pojawiało się aż tak dużo tłumnych gromadek, aczkolwiek nie można też narzekać na pustki. Możliwe, że część osób po prostu nie potrafiła nas znaleźć. Mimo wszystko zabawa była udana, a integracja z ludźmi jak najbardziej wyszła dobrze... szczególnie pierwszej nocy kiedy puściliśmy ecchi w konferencyjnej. Nie spodziewałam się, że zbierze się na seansie jakieś 40 osób w sali i będzie chciało wraz z nami oglądać Keijo!!!!!

 Helperzy

Tutaj o dziwo nie mam zbyt dużo do powiedzenia. Widziałam wolontariuszy w koszulkach, którzy faktycznie biegali po halach
i ogarniali wszelakie sprawy związane z imprezą. Widziałam dyżurujących przy wejściu i pilnujących opasek. Widziałam tych wypraszających o 20 z hali targowej. Każdy coś robił i nie przechodził obojętnie. Do tego na Targach nie spotkałam się mimo tak ogromnej przestrzeni z bałaganem. Przy stoiskach wystawców nie było w zasadzie żadnych śmieci zostawionych na ziemi. W szkole noclegowej również widać było ingerencję kogoś w ład i porządek, gdyż jak wróciłam na noc do szkoły, to wszelakie moje rzeczy ułożone były w jednym rządku wraz z bagażami innych osób. Nie były wymieszane. Po prostu skompresowane wszystko przy jednej ścianie. No i pozamiatane. Do tego papier toaletowy i mydło zawsze dostępne. Cudownie. Aczkolwiek w przypadku Targów zapewne to była ingerencja pań sprzątających obiekt, niekoniecznie helperów.

 Gastronomia

Jest coś, co dość mocno irytowało mnie, moje serduszko i mój żołądek. Problem z jedzeniem. No, może nie do końca problem, ale jednak.

Na terenie Targów działały dwa punkty gastronomiczne - restauracja Targowa oraz gastronomia konwentowa, w namiocie połączonym z halą wystawową. Menu dość obszerne, aczkolwiek ceny też zachwycały (3zł za bułkę słodką~!). Skoro tyle jedzenia, to zapewne zapytacie, dlaczego się czepiam? Z prostych względów. Po pierwsze, na teren konwentu był zakaz wchodzenia z ciepłymi posiłkami dostarczanymi z jakiś innych punktów gastonomicznych (patrz. pizza na targach odpada, bo konkurencja). Po drugie strasznie problematyczne było zorganizowanie wrzątku do zupki chińskiej. Po wielu próbach, podchodach i pytaniach okazało się, że w restauracji targowej otrzymam wrzątek jak będe mieć swój kubek, natomiast na terenie namiotów CIEPŁA WODA KOSZTUJE MNIE 2 ZŁOTE. Mój biedny portfel wiedział co wybrać - poszukiwanie kogoś, kto pożyczy kubek xD

Szkoła noclegowa na szczęście miała na tyle dobrze, że tuż obok budynku znajdowała się Biedronka. W zasadzie na trasie Targi - nocleg były dwie Biedronki. Dzięki czemu mądrzy i roztropni ludzie posiadający pieniądze mogli się na zapas w wyżywienie zaopatrzyć.

 Logistyka

Wspominałam już o problemach logistycznych naszego sektora i wyganianiu nas z punktu A do punktu B tylko po to, by dowiedzieć się, że w ostateczności i tak musimy zamykać. Był to dość duży minus i nie jesteśmy w stanie do dzisiejszego dnia rozsądnie odpowiedzieć sobie na pytanie, czym konkretnie było to spowodowane. Mimo wszystko nie był to jedyny problem tego konwentu. Okazało się w nocy, że konsolówka również kończy działanie. Zostają więc planszówki. A co sie stanie z osobą, która ma daleko na noclegową szkołę, a siedzi na planszówkach? SPAĆ NIE WOLNO! Musi walczyć ze snem, bo jakże inaczej. I w sumie tyle jej zostało. Do rana jakoś musi przetrwać. Albo przełamać sie i iśc na szkołę LARPową i brać udział w atrakcjach dla typowych fantastów.

W kwestii rozplanowania atrakcji mieliśmy zawziętą dyskusję na samym konwencie. Przecież szkoła sąsiadująca jest na tyle obszerna, że jednak można by tam gdzieś wcisnąć te atrakcje, które na większości imprez działają całą dobę. Pomogłoby to na pewno w dużym stopniu uczestnikom, którzy nie mieli już sił na spacer 20 minut po nocy. Może w przyszłym roku się to poprawi.

 Social

Wiecie jak to mówią - jak konwent słaby to social ratuje sytuację. Zastanawiam się przy tym punkcie dość głęboko nad tym, czy jeśli nie pojawiliby się na konwencie moi znajomi z Lublina, to czy nie dostałabym szału. Ludzie dokoła zajęci swoimi sprawami, lataja wszędzie, mało kto integruje się z innymi. Może druga noc w konferencyjnej jakoś to przełamała wśród USo-DDRowiczów. Mimo wszystko nie odczuwałam na tej imprezie właśnie tego klimatu jednoczenia się ludzi ze sobą. Każdy patrzał na siebie. Jedynie jak masz własnych znajomych na evencie to masz szansę, by nie zwariować. Trochę to idzie w złym kierunku...

 Podsumowanie

Była to moja druga wizyta w Lublinie w życiu. Był to mój pierwszy Falkon (bo poprzednia wizyta dotyczyła UMCS Tournament). Szczerze? Zawiodłam się na tej imprezie. Sądziłam, że da mi solidną dawkę Festiwalowej mocy. Może nie takiej jak Pyrkon, aczkolwiek jednak... dobrej mocy. Tutaj natomiast był niesmak, irytacja i brak czegoś konkretnego. Wiadomo,  że jest to duża impreza, zbiera coraz więcej uczestników... ale jednak obecny stan nie prowadzi do tego, by zachęcać. Czy polecam więc Falkon? Mimo wszystko z pewnościa powiem coś w stylu: "Pojedź sam i przekonaj się na własnej skórze". Nie chcę wydawać w tym wypadku werdyktu za wszystkich...

 

Ocena jako uczestnik: 5/10

Ocena jako twórca atrakcji: 4,5/10

Ocena ogółem: 5/10

 

//Deśś

RPG dla zielonych
Utworzone: 09.01.2017 14:33

Dawno, dawno temu… Dokładniej w roku 1973,  gdzieś za Oceanem… konkretniej w USA… Była sobie firma TSR. Wielce to nazwa znacząca dla okrytego mgłą i cieniem nieznanego kosmicznego zwrotu RPG. A to dlatego, chłopcy i dziewczęta, że firma ta wypuściła na rynek pierwszą w świecie, jak glob nasz długi, szeroki i zakrzywiony, grę fabularną, ze spisaną historią, prymitywną jeszcze mechaniką i opisem sposobu gry. Założę się, że niemal każdy z Was słyszał kiedyś, bądź zna kogoś, kto słyszał, o Lochach i Smokach… Taaak, chodzi dokładnie o te Lochy i Smoki, gdzie dzielny mag może stanąć naprzeciw goblińskim hordom i dzięki jednemu pechowemu rzutowi kością, pomimo, że studiował całe swe nienaturalnie długie życie arkana magicznej sztuki, zginąć bohaterską śmiercią, która nigdy i nigdzie nie zostanie uwieczniona w ckliwej balladzie, bowiem bard półelf zginie razem z nim trafiony zbłąkaną strzałą prosto w plecy podczas wykonywaniu taktycznego odwrotu nazywanego potocznie paniczną ucieczką. Krasnoludzki wojownik pokręci tylko głową nad niedolą pobratymców, strzeli przez zęby zielonkawą flegmą, mruknie pod nosem jakieś wyjątkowo nie nadające się do powtórzenia i paskudne przekleństwo i ruszy naprzód, by w pojedynkę pokonać regiment zielonoskórych. Epickie bitwy, łzawe dramaty, mroczne sekrety i jedna wielka kupa śmiechu i dobrej zabawy zaklęte są na stronicach podręczników do gier fabularnych, których klimat wybrać można zależnie od humoru i preferencji graczy. Dla każdego coś dobrego! Co?! Wymagania na kompa? O czym Waszeci do mnie rzeczecie?! Nie, nie mówię o cRPG, niech mnie macka Cthulhu broni! Jedyne, czego tak naprawdę do zagrania potrzebować będziecie, to grupa kolegów i wyobraźnia. No, może jeszcze kości jakieś by się przydały, ale i to niekoniecznie. Nie, nie kości czarnej kury, RPG to nie voodoo, biesiada satanistyczna czy obrzęd pogański. Choć i takie pogłoski słyszano, zwłaszcza, gdy w Stanach pewna Pani, Patricia Pulling, napisała swą książkę i powołała fundację przeciwników RPG, zarzucając D&D szereg złych, mrocznych i niosących śmiertelne niebezpieczeństwo za sobą skutków. 


A było tak: pewien bardzo inteligentny, choć w ocenie dzisiejszych uczonych, mocno niestabilny emocjonalnie młody człowiek, Dallas Egbert, urodzony w latach ’60 XX wieku, który ponoć w dwunastej wiośnie życia pomagał Siłom Powietrznym NASA w naprawie komputerów – a były to czasy, gdzie komputery wyglądały zgoła inaczej niż teraz – postanowił popełnić samobójstwo. Dallas był studentem, gdy jego życie stało się dla niego prawdziwą udręką; był bi lub homoseksualistą, żył pod presją rodziców, był mentalnie i społecznie nieprzystosowany do samodzielnej egzystencji. Przy tym zażywał narkotyki, które w większości sam produkował. Wreszcie podjął pierwszą, nieudaną próbę samobójczą. Zaopatrzony w prowiant (nie pytajcie – może po prostu wyznawał staroegipską zasadę, że do zaświatów przejdzie razem z całym stuffem, jaki posiada…) marihuanę i tabletki nasenne opuścił kampus studencki i ruszył ku tunelom ukrytym pod uniwersytetem. Upaliło się chłopię, połknęło tabletki, lecz dawka okazała się niewystarczająca, aby pozbawić go życia. Więc wrócił do swojego partnera, ukrywając się. Zrozpaczeni rodzice, zaalarmowani zaginięciem syna wynająć postanowili prywatnego detektywa, który postawił kilka hipotez, z których znakomitą większość stanowiły te dotyczące zgubnego wpływu grania w D&D na psychikę Dallasa. Najbardziej krzykliwy i kontrowersyjny pomysł detektywa w mig podchwycony został przez prasę, która zgotowała D&D piekło na ziemi, zarzucając twórcom „robienie kaszki z mózgu” młodemu pokoleniu. Pomińmy tutaj dalsze losy Dallasa, niech wystarczy Wam, że wreszcie udało mu się popełnić samobójstwo, za trzecim razem strzelił sobie w głowę. W całych Stanach wybuchła afera. W 1981 roku Rona Jaffe napisała książkę na podstawie  nowinek prasowych o zgubnym i destrukcyjnym wpływie grania w RPG na młodzież, niedługo potem nakręcono na jej podstawie film z Tomem Hanksem w roli głównej. Gdy pięć lat po śmierci Dallasa jego  życiowy partner, William Dear wydał książkę o tym, co tak naprawdę dręczyło młodego samobójcę nikt już się sprawą zanadto nie interesował i czarny wizerunek D&D zawisł nad wszystkimi RPGami ciemną chmurą.


Może ta historia nie była zbyt zachęcająca, ale prędzej czy później możecie spotkać się z opinią o satanistogennym, według nieznających tematu, wpływie gier fabularnych. Jest to oczywiście wierutna bzdura. Na czym RPG polega? Role Plying Game polega na wykreowaniu fikcyjnej postaci, której poczynaniami kieruje gracz odgrywając sztukę na żywo. Pamiętasz, kiedy jako małe dziecko bawiłeś się w policjantów i złodziei? Wiesz, że już wtedy uprawiałeś swoje pierwsze RPG? Teraz, gdy jesteś już trochę starszy, to będzie trochę jakbyś wszedł na deski teatru, wymyślił sobie kim teraz jesteś i na tychże deskach po prostu stał się tą postacią. Całe zewnętrze, to, co Cię otacza kreowane jest przez Mistrza Gry, Bajarza, Narratora, ile systemów, tyle nazw określających personę, która za pomocą mniej lub bardziej barwnego opisu streści Ci, gdzie dokładnie się znajdujesz, co widzisz, słyszysz, czujesz, kto jest naokoło. Ale tylko od Ciebie zależy co zrobisz. Widząc małą dziewczynkę pośród mrocznego parku nocą możesz zarówno odprowadzić ją do domu, jak i uciec w przerażeniu, bo nigdy nie wiadomo, jaki pomysł czai się w umyśle Mistrza Gry… Każdy system RPG ma swoją własną mechanikę, której zadaniem jest ułatwianie rozrywki. Jako że nie wszystko odgrywa się na żywo, kości o różnej ilości ścianek i oczek są gadżetem bardzo przydatnym, by określić skutki i efekty niektórych poczynań kreowanej przez Ciebie postaci. Gdy grasz elfem i planujesz strzelić z łuku to oczywistą rzeczą jest, że nie wyciągniesz nagle łuku i strzał, nie naciągniesz cięciwy i nie strzelisz. Mistrz Gry wtedy spojrzy w Twoją kartę postaci, która jest niczym innym jak dokładnym opisem, najczęściej wyrażonym liczbami, umiejętności Twojego niepowtarzalnego bohatera i każe Ci rzucić. Jeżeli zdasz test, wówczas zamierzony efekt zostanie osiągnięty, jeżeli rzut się nie powiedzie, wówczas MG opisze Ci następstwa Twojej decyzji, jeśli zdarzy Ci się „PECH”, no cóż… Nie pozostaje nic, tylko modlić się o łaskawość Game Mastera…


Co jest najważniejsze w RPG? Przede wszystkim dobra zabawa. Możliwość spotkania się z przyjaciółmi. Wykreowanie ciekawej historii, którą będzie się potem wspominało latami. Ja do tej pory z rozrzewnieniem wspominam niektóre postaci, zarówno wykreowane przeze mnie, przez moich kolegów, jak i te wymyślone przez MG. Do tej pory zaśmiewamy się z niektórych sytuacji czy wymian zdań… Ale aby mieć co wspominać trzeba zacząć. Masz już „ekipę”. Macie pomysł, jaki świat odpowiadałby Wam najbardziej; nie jest istotne, czy to będzie typowe fantasy, postapokaliptyka czy totalny mrok, równie dobrze możecie wybrać Dziki Zachód, czy klimaty Samurajów. Macie wymyślone postaci. Karty Waszych Bohaterów są gotowe. Kości odbijają blade światło świecy, skrząc się kolorowymi poblaskami na gładkim stole… Przy stole właśnie gra się najlepiej. Każdy widzi każdego, toczące się kości wzbudzają więcej emocji. Głos Mistrza Gry dociera do każdej skupionej na nim twarzy. Mistrz Gry tworzy scenariusz, jednak to od Graczy zależy, czy zechcą wziąć w nim udział, czy pójść dalej, omijając wątek główny a zajmując się pobocznym. Ważna jest atmosfera. Zamknij oczy. Nie jesteś od chwili zapalenia świecy Kasią, Romkiem czy Bartkiem. Teraz jesteś Adareallą, elfią księżniczką z zapomnianego rodu, która ostatkiem sił dociera do górskiej przełęczy… Jesteś Gondrillem, szlachetnym Palladynem, który przejeżdżając przez tę przełęcz dostrzegł ciemny kształt zamarzającej istoty przykrywanej miękkimi płatkami opadającego niespiesznie śniegu… Jesteś Ragadygiem II, krasnoludem o zasłużonej sławie, który nigdy nie uląkł się niebezpieczeństwa i zawsze stawał naprzeciw wrogom z czołem podniesionym, brwią zmarszczoną i toporem gotowym do bronienia słabszych… Jesteś tym, kim w rzeczywistym świecie nie miałbyś szansy być, przeżyjesz przygodę, której na ziemskim padole byś nie przeżył, zdobędziesz artefakty, które bez Twojej wyobraźni nigdy by nie zaistniały. Możesz wszystko. A co najważniejsze, nie sam, lecz z tymi, którzy są Ci bliscy. Nie staniesz w szranki z bezdusznym komputerem, lecz z żywym wyobraźnią przeciwnikiem. Problem, który będziesz miał rozwikłać może nie mieć tylko dwóch lub trzech rozwiązań, będzie ich tyle, ile sobie zażyczysz, które z nich wybierzesz, zależy tylko od Ciebie. //Kapadocja

Współpraca